"Póki walczysz, jesteś zwycięzcą".
* * *
– Stój… Zatrzymaj się na chwilę… Proszę…
Ona jednak nie mogła tego zrobić. Wszystko posunęło się za daleko. Nie mogła cofnąć biegu wydarzeń.
– Julie, proszę… Jeszcze nie jest za późno – błagał Andre, patrząc na nią.
Stali przed blokiem. Julie była niebieskooką blondynką, niewyróżniającą się z tłumu. Była średniego wzrostu, a włosy miała upięte w kucyk. Chłopak natomiast był wysokim brunetem o nieokreślonym kolorze oczu. Oboje stali naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem.
– Jest – odparła. – Wybacz. Wiesz przecież, że muszę wyjechać. Muszę walczyć o naszą przyjaźń. Moją i Karen. Jeśli to zostawię, wszystko się rozpadnie.
– A pomyślałaś o nas? O naszym uczuciu? Pomyślałaś choć przez chwilę, co ja mogę przeżywać?
Jego ton głosu był opanowany, chociaż w środku czuł ból. Jak to możliwe, że dziewczyna, którą kochał, właśnie zamierzała wyjechać? Wyjechać, żeby naprawiać przyjaźń? To było nierozsądne.
– Andre, ty niczego nie rozumiesz… – Julie westchnęła. – Albo nie chcesz zrozumieć.
Usiadła na ławce stojącej przy ścianie, splatając dłonie na kolanach. Utkwiła wzrok w swoim chłopaku.
– Kocham cię – wyznała. – Kocham cię, naprawdę, ale muszę wyjechać. Nie chcę stracić Karen, a wiem, że tak będzie, jeśli tam nie pojadę. Jeżeli z nią nie porozmawiam, nie wysłucham, co ma mi do powiedzenia, stracę ją i wszystkie lata naszej przyjaźni pójdą na zmarnowanie. A kiedy tak się stanie, będę cierpieć. Będę cierpieć tak bardzo, jakbym straciła rodzoną siostrę, rozumiesz?
On milczał przez chwilę, po czym spojrzał jej głęboko w oczy.
– Jedź – rzekł krótko. – Jeżeli dla ciebie jest to aż tak ważne, to proszę, jedź. Tylko uważaj na siebie, kochanie. Będę na ciebie czekał. Obiecuję.
Ona zerwała się i zarzuciła mu ręce na szyję.
– Dziękuję – wyszeptała, całując go. – Obiecuję, że będę ostrożna. Ale ty też uważaj na siebie. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
Andre uśmiechnął się.
– Nie panikuj, Juli. Jestem twardą sztuką.
– Wiem – odpowiedziała dziewczyna, po czym powoli zaczęła się oddalać.
– Kocham cię! – zawołał za nią.
"Wiem, że mnie kochasz" – pomyślała.
Chwilę później myśli o Andre jednak zeszły na dalszy plan. Wspomnieniami wróciła do rozmowy z Karen.
– Proszę, przyjedź – błagała dziewczyna. – Julie, muszę się pilnie z tobą zobaczyć.
– Nie mogę. Wiesz, że nie mogę. Mam pracę, chłopaka… Nie mogę tego rzucić.
– Pracy to dopiero szukasz – zauważyła Karen. – A Andre przez kilka dni samemu nic nie będzie. Kochana, proszę, muszę się z tobą zobaczyć.
Julie wiedziała, że musiało się stać coś naprawdę poważnego. W innym wypadku jej przyjaciółka nie błagałaby jej o jak najszybszy przyjazd.
– Dobrze – odpuściła. – Zobaczę, co da się zrobić.
Po tej rozmowie długo rozmawiała z Andre, który nie rozumiał całej powagi sytuacji.
– Bzdura. Totalna bzdura – mówił.
Ale to nie była bzdura. Julie doskonale zdawała sobie z tego sprawę. W końcu dopięła swego i już pół godziny później jechała pociągiem. Karen czekała na nią na stacji.
– Nareszcie! – zawołała na widok Julie.
Dziewczyna była do niej tak podobna, jakby były bliźniaczkami. Wyróżniał je tylko kolor włosów, Karen – tak jak Andre – była brunetką. Obie uściskały się na powitanie.
– Witaj, kochana. – Julie przytuliła ją mocno. – Opowiadaj, co tam się urodziło?
– Opowiem Ci jak dojedziemy do domu. Nie teraz… Nie tu… – jej głos zadrżał.
Julie przyjrzała się jej uważnie. Dziewczyna była blada, pod oczami miała sine cienie, jakby nie spała od wielu dni albo wypłakała morze łez.
– Dobrze się czujesz? – zapytała.
– Tak, wszystko w porządku – odpowiedziała Karen, uśmiechając się.
Jednak ten uśmiech nie był taki, jak zwykle. Było w nim coś wymuszonego, smutnego i niepokojącego.
– Nie pojedziemy do domu – zdecydowała nagle. – Pojedziemy do parku. Albo… Nie wiem, gdziekolwiek, byle nie do domu.
Julie wciąż się w nią wpatrywała, kiedy szły obok siebie. Nie rozumiała zachowania przyjaciółki. Po jakimś czasie dotarły do parku. Wyjątkowo o tej porze nie było tam nikogo. Usiadły na ławce.
– Więc o co chodzi? – zapytała Julie, obejmując ją ramieniem.
– Pamiętasz, jak się poznałyśmy po raz pierwszy pięć lat temu? – zapytała Karen.
– Oczywiście, że pamiętam. – Julie uśmiechnęła się na wspomnienie tamtego dnia. – Złamałam sobie wtedy nogę, a ty akurat przechodziłaś. Uratowałaś mi życie.
– Tak, tak… – Dziewczyna westchnęła. – Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałam? Że nie mam rodzeństwa.
Julie pokiwała głową, nic z tego nie rozumiejąc. O co jej chodziło?
– To nieprawda – wyznała Karen po dłuższej chwili milczenia.
– Jak to… nieprawda? Okłamałaś mnie? Ty… – Była wstrząśnięta.
– Och, nie, Julie! – Karen zerwała się z ławki, w jej oczach zalśniły łzy. – Oczywiście, że nie. Po prostu… dopiero niedawno się dowiedziałam, że… że mam siostrę, młodszą. Ma na imię Sharon. Rodzice powiedzieli mi o tym jakieś trzy miesiące temu.
– Ale jak… – Julie była w szoku. – W takim razie dlaczego…
– Kiedy się urodziła… rodzice… postanowili, że oddadzą ją do adopcji. Nie patrz tak na mnie. Wiesz, że jesteśmy biedni. Mama bała się wziąć małą do domu, bo obawiała się, że nie zapewni jej należytej przyszłości.
– Tylko z tego powodu… Przecież to… Przecież to nieludzkie…
– Wiem. – Karen westchnęła, siadając z powrotem obok przyjaciółki. – Jak mi powiedzieli, strasznie się zezłościłam. Nawet nie masz pojęcia, jak mi się zrobiło przykro. Powiedziałam im, że wolałabym sama nic nie jeść, a mieć przy sobie swoje dzieci. Zaczęłam jej szukać. Dali mi jej zdjęcie, dzięki któremu udało mi się ją odnaleźć.
– Ale w takim razie… Dlaczego nie ściągnęłaś jej do domu?
– Nie mogę. To nie jest wcale takie proste. Nie mam do tego prawa, a poza tym… – dziewczyna zawahała się. – Jej adopcyjni rodzice ją katują. Widziałam ją jednego dnia przez chwilę. Powiedziałam jej, że jesteśmy siostrami. Tak strasznie się ucieszyła… Zaczęła mnie błagać, żebym ją stamtąd zabrała… Że ona już nie chce z nimi być…
– Ile Sharon ma lat? – zapytała cicho Julie.
– Dziewięć – odpowiedziała Karen. – Juli, proszę, pomóż mi. Przecież to jest dziecko. Ona mnie potrzebuje. Po nocach nie śpię, usiłując coś wymyślić. Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Ona, kiedy tylko może, dzwoni do mnie, zapłakana i ciągle prosi, błaga… A ja ciągle zapewniam, że zrobię wszystko, żeby ją uwolnić. Tylko widzisz, ja… ja już naprawdę nie wiem, co mogłabym zrobić. Wszystkie próby, które poczyniłam w tym kierunku, zawiodły. Oni zagrozili, że jeżeli nie przestanę ich nachodzić, doniosą na policję. Niby za nękanie. A ja chcę tylko uratować moją siostrę…
Po tych słowach nie wytrzymała i na dobre się rozpłakała. Julie była wstrząśnięta. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, co było dane jej usłyszeć.
– I co ja mam ci powiedzieć? – zapytała po upływie kilku minut. – Jak mam ci pomóc? Nie wiem. Chciałabym, Karen, ale nie wiem jak.
– Musi być jakiś sposób. – Na twarzy dziewczyny widniała determinacja. – Julie, musi być jakiś sposób. Ona nie może cierpieć wiecznie. Ja muszę, muszę ją stamtąd wyciągnąć, rozumiesz?
Rozumiała. Doskonale rozumiała, ale czy mogła coś na to poradzić? Niestety nie.
– Przepraszam, Karen… – wyszeptała po kilku minutach.
– Julie, błagam. – Karen ujęła ją za rękę. – Jesteś moją jedyną nadzieją. Jeśli nie ty, to już nikt mi nie pomoże.
Dziewczyna zamyśliła się. Wiedziała, że Karen ma rację. Musiała jej jakoś pomóc. Musiała coś wymyślić.
– Poczekaj – odezwała się. – Daj mi pomyśleć.
Milczała przez kilka minut, myśląc intensywnie.
– Mam! – zawołała nagle, zrywając się na równe nogi.
– Co? Co masz? – Karen też się poderwała. – Mów! Szybko!
– Potrzebujemy pomocy detektywa – oświadczyła Julie spokojnie.
– Co? Żartujesz?
– Nie. Jeśli nie policja, to detektywi. Oni są do tego stworzeni. Wiedzą jak rozwiązywać takie sprawy. Chyba nawet wiem, kto mógłby nam pomóc.
– A niby kto? – zdziwiła się Karen.
– Tom i jego partnerzy. – Julie uśmiechnęła się. – Ale zadzwonimy do nich jutro, bo teraz jest późno.
– Nie, to nie może czekać – zaprotestowała gwałtownie Karen. – Ta sprawa musi być ruszona jak najszybciej.
– Dobrze, ale zobacz, która jest godzina – zaoponowała przyjaciółka.
– To nie ma znaczenia – oświadczyła stanowczo Karen. – Ja muszę, muszę wiedzieć dzisiaj, czy oni zgodzą się nam pomóc. A tak właściwie, od kiedy ty zadajesz się z tak ważnymi istotami jak detektywi?
– Ehm… – Julie zarumieniła się po same uszy. – To… długa opowieść. Nie czas teraz na to.
Przyjaciółka spojrzała na nią dziwnie, ale nic nie powiedziała.
– Dobra. To dzwoń do nich.
Julie wyciągnęła telefon i wybrała numer Toma. Odebrał po pierwszym sygnale. Jako detektyw zawsze był pod tym kątem wyćwiczony.
– Cześć, Tom, przeszkadzam?
– Julie? – Był szczerze zdziwiony. – Jak miło cię słyszeć! Stało się coś, że dzwonisz?
– Chodzi o moją przyjaciółkę. Znaczy… o jej siostrę. Czy możemy wpaść do ciebie? Jesteś jeszcze w biurze?
– Jestem, jestem, ale czy to Nie może zaczekać? Mam strasznie dużo papierkowej roboty po ostatnich interwencjach.
– Mogłoby, tylko widzisz… – Julie zawahała się. – To jest sprawa niecierpiąca zwłoki. Dziewczynka jest w wielkim niebezpieczeństwie.
– To znaczy siostra twojej przyjaciółki, tak? – upewnił się.
– Dokładnie.
– Dobrze. Zapraszam. Drzwi mojego biura dla nagłych klientów i ich spraw stoją otworem.
– Dzięki wielkie. To my będziemy za jakąś godzinę.
Po chwili rozłączyła się i schowała telefon do kieszeni.
– Zbieraj się. Jesteśmy umówione. Za godzinę mamy być na miejscu.
– Kocham cię! – zakrzyknęła radośnie Karen, zarzucając jej ręce na szyję.
– Nie tak prędko – Julie odsunęła ją delikatnie. – Jeszcze długa droga przed nami. Teraz wszystko zależy od Toma i jego partnerów.
Karen pokiwała głową, w jej oczach zabłysły łzy.
* * *
Kiedy godzinę później znalazły się przed biurem Toma, Karen aż pisnęła.
– Matko, jakie to wielkie.
– Racja – przyznała Julie. – Pomyśleć, że gdyby tu kiedyś miała jakaś bomba wybuchnąć… Jezu, śmierć na miejscu.
– Nie mów nawet! – krzyknęła dziewczyna wstrząśnięta. – Chodźmy lepiej, bo się spóźnimy.
– No dobrze już, dobrze – odezwała się Julie.
Zapukały do drzwi.
– Proszę! – usłyszały głos Toma.
Gdy weszły, uśmiechnął się na ich widok.
– Jesteście. Proszę, wejdźcie.
Weszły, cicho zamykając drzwi za sobą. Było to jasne, przestronne pomieszczenie, idealnie nadające się na biuro szefa. Karen dostrzegła drugie drzwi przylegające do pomieszczenia. Najwidoczniej musiał to być pokój jego współpracowników.
– Usiądźcie, proszę – odezwał się Tom, wskazując na dwa krzesła.
– Nie, dziękujemy, postoimy. To zajmie tylko chwilę – odezwała się Karen. – Dziękuję, że zgodził się pan mi pomóc.
– Drobiazg. Powiedz, jak mogę ci pomóc?
Karen westchnęła, po czym usiadła na krześle.
– Chodzi o Sharon. Moją siostrę. Trzy miesiące temu… Tak mniej więcej… dowiedziałam się, że mam siostrę o imieniu Sharon. Rodzice oddali ją do adopcji, gdy się urodziła. Widzi pan, jesteśmy biedni i mama obawiała się, że Nie da rady z tatą zapewnić jej należytej przyszłości.
Tom pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Ile dziewczynka ma lat? – spytał. – Masz może przy sobie jej zdjęcie.
– Tak, oczywiście – Karen wyciągnęła z torebki fotografię niebieskookiej blondyneczki o posiniaczonej twarzy. – to ona, ma dziewięć lat. Miałam siedem lat, kiedy się urodziła. Pamiętam to jak przez mgłę. To znaczy bardziej fakt, że tata ciągle powtarzał, że mama zachorowała. A ja… byłam mała, nie wnikałam w szczegóły, uwierzyłam im, bo cóż innego mogłam zrobić. Nie wiedziałam, że mam siostrę.
Westchnęła, pokręciła głową, jakby chcąc odgonić od siebie łzy.
– Nawet nie mam jak panu zapłacić za pomoc – wyznała skruszona. – A tak bardzo jej potrzebuję. Bez pana sobie nie poradzę.
– Pieniądze są nieważne – uspokoił ją. – Teraz najważniejsze jest życie twojej siostry. Powiedz mi, co dokładnie się dzieje?
Karen opowiedziała o swoich podejrzeniach względem adopcyjnych rodziców.
– Chciałabym pana prosić o to, by pan ze swoimi współpracownikami poobserwował ich przez kilka dni. Chcę mieć dowód, który mogłabym przedstawić na policji. Inaczej Nie dam rady jej pomóc.
– Dobrze. Zrobimy, co będziemy mogli. Mogę zachować to zdjęcie?
– Tak, oczywiście – odpowiedziała Karen.
– Jeszcze jedno. – Detektyw spojrzał na nią. – Bądź tak uprzejma i podaj mi adres zamieszkania tych państwa.
– Garden Street 5/8 – odparła natychmiast.
– Zapisałem. Tak jak powiedziałem, zrobimy, co będzie możliwe, żeby ci pomóc. Teraz idźcie odpocząć. Jak będę coś wiedział, natychmiast was poinformuję.
– Dziękuję za wszystko. – Karen uścisnęła go serdecznie. – Do widzenia.
– Podziękujesz jak się uda. – Uśmiechnął się. – Do widzenia. Julie, pilnuj ją, dobrze?
Dziewczyna skinęła głową, następnie obie opuściły biuro.
– Wiecie, co macie robić? – spytał Marka i Ann, gdy tylko oboje weszli.
– Tak. Wszystko słyszeliśmy. Myślisz, że ta dziewczyna ma rację? – spytała Ann.
– Sądzę, że nie kłamie. Spójrzcie na to zdjęcie. Dziewczynka jest wyraźnie posiniaczona na twarzy. Nie wydaje mi się, żeby się gdzieś tak obiła. Jedźcie pod ten adres, poobserwujcie ich trochę, a ja spróbuję się dowiedzieć, czy nie ma coś o tych ludziach w Internecie. Kurczę… Mam nadzieję, że to się jakoś wyjaśni, ja wiem?
– Bez stresu, szefie. Poobserwujemy, podziałamy, zobaczymy. Jesteśmy w kontakcie – oznajmił Mark. – Chodź, Ann.
* * *
– Myślisz, że dadzą radę mi pomóc? – spytała Karen, gdy już znalazły się w domu.
Siedziały na łóżku, w pokoju dziewczyny. Julie spostrzegła na ścianie plakat Within Temptation, jej ulubionego rockowo-metalowego zespołu. Pokój był jasny i przestronny, za oknem było widać wysokie lipy. Uśmiechnęła się na ten widok. Kochała takie zaciszne miejsca. Pytanie Karen wyrwało ją z rozmyślań.
– Pewnie – zapewniła ją gorliwie. – Nie słyszałam jeszcze, by kiedykolwiek zawalili.
– Skoro tak mówisz… – Dziewczyna zawiesiła na chwilę głos. – W takim razie ci wierzę. Jeśli małą uda się z tego piekła wyciągnąć, będę ci wdzięczna do końca życia.
– Nie mi, tylko Tomowi i jego partnerom – zaprotestowała Julie. – Mnie w to nie mieszaj.
– A właśnie, że będę cię w to mieszać. Chciałam ci przypomnieć, że to ty wpadłaś na ten iście szalony pomysł z detektywami.
– Szalony czy nie, ważne, żeby był skuteczny – skwitowała Julie.
* * *
– Stoimy tu już od pięciu godzin i dalej nic – odezwała się Ann.
– A może oni wcale jej nie katują? – zasugerował Mark.
– Może nie. – Ann zamyśliła się. – Sama nie wiem.
Stali przed domem państwa Black i obserwowali ich, tak jak zarządził Tom. Mijały jednak godziny, a w budynku nie działo się nic godnego uwagi. Jedyne, co udało się zrobić Ann, to zainstalować w ich domu kamery.
– Patrz – odezwał się nagle Mark. – Gdzie on ją ciągnie?
– Co? Kto?
– No ten jej ojciec. Zobacz.
Dziewczyna spojrzała w kamerę. Mężczyzna ciągnął dziewczynkę w stronę piwnicy.
– A jego żona? Nie reaguje?
– Zobacz, ona gdzieś wychodzi – zauważył Mark, widząc jak kobieta opuszcza budynek, wsiada w samochód i odjeżdża.
– Dobra, to ty jedź za nią, a ja tu zostanę – oznajmiła Ann, wysiadając.
On skinął głową i chwilę później odjechał. Dziewczyna natomiast zadzwoniła do Toma i w krótkich słowach opisała mu całe zajście.
– Zostań tam. Zaraz do ciebie dołączę – nakazał. – No to cześć.
Po tych słowach rozłączył się. Ann ostrożnie weszła do domu, nie czyniąc przy tym najmniejszego hałasu. Jako detektyw była już dobrze wyszkolona w takich działaniach.
– Nie piśnij ani słówkiem – usłyszała z oddali. – Jeśli piśniesz choćby słowo, wbiję tobie tą strzykawkę w ramię. Widzisz? To boli. A teraz połóż się ładnie i rób, co ci każę.
Wiedziała, że nie ma na co czekać.
– Odsuń się od niej! – krzyknęła, wbiegając do pomieszczenia. – Rzuć to!
Mężczyzna był tak zaskoczony jej nagłym pojawieniem się, że niemal natychmiast wykonał polecenie.
– Kopnij ją w moją stronę – nakazała. – Kopnij ją mówię. A teraz odwróć się do ściany. Tylko powoli. Powoli, bez numerów. Ręce do tyłu.
Podeszła do niego i bez słowa skuła go kajdankami.
– Bez numerów – nakazała.
– Ty dziwko – wycedził, ale już było za późno na cokolwiek.
– Zaraz tu będzie policja – oznajmił Tom, pojawiając się w drzwiach. – Nie ujdzie ci to na sucho, Black.
Ann podeszła do małej, skulonej w kącie pomieszczenia.
– Już dobrze – odezwała się łagodnie. – Jestem Ann, przyszłam cię uwolnić. Twoja siostra poprosiła nas o pomoc.
– Karen? – Sharon podniosła głowę. W jej oczach błyszczały łzy. – Karen? Gdzie jest moja siostra? Chcę ją zobaczyć.
– Niedługo też tutaj powinna być, zadzwoniłem po nią – odpowiedział Tom, wciąż obserwując mężczyznę. – Co jej chciałeś zrobić?
– Nie twój interes, psie – odparł tamten.
– Do psa to mi daleko. Ogona Nie mam – zauważył spokojnie Tom. Ale za to ty w więzieniu możesz spotkać jakichś pogromców skurwysynów. Tam z tobą zrobią porządek, bo gwałcicieli małych dzieci nikt Nie lubi.
Z oddali dało się słyszeć sygnał nadjeżdżającego radiowozu. Ann pomogła Sharon wstać i wyprowadziła ją na zewnątrz. Ledwo wyszły, ujrzały z oddali biegnące ku nim Julie i Karen. Ta druga wyprzedziła przyjaciółkę i chwilę później porwała siostrę w objęcia.
– Sharon, och, Sharon. Kochanie, nic ci nie jest? – pytała, tuląc ją do siebie.
Czuła jak dziewczynka drży w jej ramionach, nie będąc w stanie wypowiedzieć słowa.
– Już dobrze, już jest wszystko dobrze – powtarzała łagodnie. – Już cię nikt nie skrzywdzi.
Minęło kilka minut, w trakcie których policjanci zabrali skutego mężczyznę i odjechali z nim na komisariat. Tuż za nimi pojawił się Tom.
– Bardzo wam dziękuję – odezwała się Karen, spoglądając na nich znad ramienia siostry, którą postawiła na ziemi, wciąż jednak nie puszczając jej ręki. – Uratowaliście ją. Co on chciał jej zrobić?
– Myślę, że nie chcesz tego wiedzieć – stwierdził Mark, pojawiając się obok nich. – Tuż za nim stanęła pani Black.
– Gdzie jest mój mąż? Co tu się stało? Kim wy jesteście? I co ona tu robi?
– Proponuję, byśmy pojechali do mnie do biura i tam wszystko omówili – zaproponował Tom.
Tak też zrobili. Już pół godziny później znaleźli się w biurze detektywów.
– Proszę, niech pani usiądzie. Ann, słońce, zabierz Sharon do osobnego pomieszczenia. Nie chciałbym jej narażać na słuchanie opowieści o tym, co mogłoby się jej stać, gdyby nie szybka reakcja moich kolegów.
Gdy obie dziewczyny zniknęły za drzwiami, Tom odezwał się:
– Posłuchajcie. Julie, Karen, wy też usiądźcie. Zatem, pani Black, pani mąż chciał ją zgwałcić.
– Zgwałcić? Co? Nie, nie wierzę.
Julie z Karen zbladły.
– Ale to prawda – odezwał się Mark spokojnie. – Tom, odtwórz nagranie.
Zaległa cisza, a po kilku minutach na monitorze pojawił się obraz z kamer, które zarejestrowały całe zdarzenie.
– Nie, to jest… niemożliwe – wyszeptała Karen, ściskając mono ramię przyjaciółki.
– Mój mąż… – Pani Black również wyglądała na wstrząśniętą. – Dlatego Sharon tak się ostatnio dziwnie zachowywała, dlatego to wszystko. Gdybym wiedziała…
– Już teraz pani rozumie, dlaczego Karen tak bardzo zależało na tym, by zabrać Sharon z państwa domu?
Kobieta pokiwała głową.
" * *
– Czeka mnie jeszcze długa droga – stwierdziła Karen jakiś czas później, gdy znalazły się u niej w domu. – Wiesz o tym, prawda?
Spojrzała na siostrę.
– Wiem – odpowiedziała dziewczynka. – Ale rodzice ci pomogą, prawda?
– Teraz myślę, że tak. – Dziewczyna uśmiechnęła się. – Razem sobie poradzimy, na pewno.
Julie obserwowała je, a jej oczy błyszczały szczęściem. Jej rola się na tym etapie zakończyła. W dalszych dziewczyny musiały sobie radzić same, ale czuła, że dadzą sobie radę i przejdą przez wszystko razem, mimo przeciwności.
Straszne, ale ciekawe.
Ciekawa historia, interesująco opisana. Podobała mi się i to chyba tyle z moich konstruktywnych odczuć względem tego tekstu. Pozostałe dwa skomentuje w innej chwili.
Ach. Nie ma za co. Historja przecudowna.
Ojojojojoj. Przepraszam, że się popłakałaś.
OOOh. Jakie to piękne. POryczałam się. A zaraz muszę wyjść z domu. NOo. Ciekawie to ja nie będę wyglądała/ 😀
Ooo, tak czułam, że to właśnie to, kiedy czytałam zapowiedź.
fajnie, że siostry są razem.
Eee… No, ten, jakoś dawno. Znaczy, z jakiś rok, dwa będzie. 😀
a kiedy ty to na pisałaś, że ja tego nie widziałem? Dla czego tom i naprnerzy a nie jakiś Bron haha.